niedziela, 29 stycznia 2017

Zimowa Triada Biegowa, 21-22.01.2017



   Jesienią zeszłego roku trafiłem w internetach na zapowiedź górskiego biegu etapowego. Termin pokrywał się z feriami zimowymi, także idealnie nam z belferzycą małżonką przypasował. Mimo że sam po górach z racji nizinnego zamieszkania (Łódź) biegam sporadycznie, to jednak zaczynałem ponad 4 lata temu. Trzykrotnie zafundowałem sobie półmiesięczne obozy w Szklarskiej Porębie (2012-2014). Mam już za sobą co nieco górskich startów – Wielka Pętla Izerska (2015r), Maraton Karkonoski (2016r), czy wreszcie z ostatnich wakacji ekstremalne Inov-8 x2 w rumuńskich Fogaraszach (18km na trasie w całości powyżej 2tys m npm; 1700m przewyższeń). Specyfiki ostrego biegania dzień po dniu doświadczyłem raz w życiu. Do dziś pamiętam jak po ponad 30km na zwałowisku Góry Kamieńsk wystartowałem w krosowym biegu na przeszło 20km dystansie. Lubię się zmęczyć, ale skala tamtego wyczerpania była porażająca. Gdy opublikowano regulamin i trasy Zimowej Triady Biegowej absolutnie nie trafiało do mnie jak ciężkie wyzwanie mnie czeka. Same profile wysokości nie robiły wielkiego wrażenia. Zapomniałem jednak o jednym istotnym czynniku – kopnym śniegu :) Ponad 60km z blisko 3 kilometrami przewyższeń w  niewiele ponad dobę i na dodatek w warunkach zimowych zaczęło mnie jednak przerażać po kilku zimowych treningach w łódzkich okolicznościach przyrody. Cóż, warunki będą jednak jednakowe dla wszystkich. Brać kijki czy nie? Nigdy z nimi nie biegałem, ba – nawet trekking ze wspomaganiem specjalnie nigdy mi nie wychodził. Decyzja mogła być tylko jedna.

W góry dotarliśmy dzień przed biegiem. Niewiele to czasu na aklimatyzację, jednak chcąc jeszcze podczas urlopu pochodzić po szklakach, uznaliśmy że lepiej będzie pobiec na świeżości i zostać na miejscu kilka dni po zawodach. Późna godzina sobotniego startu po Gorcach (g11) zasiała w mojej Beacie ziarenko niepokoju, czy aby na pewno zdąży ukończyć swój jedyny etap przed zmrokiem. Gabaryty jej plecaka skrzętnie przygotowanego na start przywoływały zdziwienie niejednego uczestnika Triady, jednak „lepiej nosić niż się prosić”. Nieco uległem jej zapobiegawczości i sam też upakowałem się w plecak. O kurtce, którą zwinąłem do środka po krótkiej rozgrzewce, oczywiście nawet nie pomyślałem w ferworze walki, jednak w górach nigdy nie wiesz co cię może spotkać i to dodatkowe pół kilograma lepiej ze sobą jednak taszczyć.

Etap 1, Gorce – 21km (960m przewyższeń) z Krościenka nad Dunajcem przez Wymyśle, Pisarzową pod Lubań (z ominięciem szczytu), zbieg czerwonym szlakiem przez Jaworzynę i Marszałek.
Pierwsze 2 kilometry nieustannie biegły łagodnie (8% nachylenia) pod górę, ale drogą nieprzyjemną z rozjeżdżonymi śniegowymi koleinami. Już po kilku minutach znalazłem się w pierwszej trójce i odważnie z kolegami brnęliśmy truchtem do przodu. Sprinterski zbieg we wsi Kąty-Niwki uświadomił mi jak mocni są rywale. Wszyscy startujący w górach wiedzą że takie biegi wygrywa się na zbiegach, a prowadzący Piotr Biernawski z Kubą Woźniakiem chyba w ogóle nie hamowali, tylko gnali niemal na złamanie karku – szacun :) Kolejne kilometry były mocno urozmaicone, trasa raz po raz zmieniała nachylenie i miąższość pokrywy śnieżnej. 



Na jednym z odcinków niemal na czworakach przedzieraliśmy się przez zarośla, na innym mimo płaskiej nawierzchni nie dało się nawet truchtać, bo przy każdym kroku zapadaliśmy się powyżej kolan w śnieg. Ciekawym fragmentem był też dość stromy zbieg w kopnym śniegu wąwozem z ukrytymi pod spodem kamieniami. Tu straciłem do kolegów jakieś 50 metrów, które bardzo długo musiałem odrabiać. Przed 9.km trasy wyrósł bowiem czterokilometrowy podbieg, z łącznym przewyższeniem aż 450 metrów! Momentami nachylenie dochodziło do 20% i jedynie trawersując szlak krawędziowaniem udawało się zyskiwać na wysokości. Do tego stopnia skupiłem się na śledzeniu śladów Kuby, że nie zauważyłem kiedy odbiliśmy z zielonego szlaku na Lubań (trasa biegu omijała wierzchołek). Nie dane było jednak nacieszyć się sponiewieranym mięśniom płaskim odcinkiem, bo niemal natychmiast rozpoczęliśmy ostry zbieg w stronę Krościenka. W okolicy 17-18km Kuba wyminął wciąż dyktującego tempo Piotra i zaczął nam się oddalać. W miejscach gdzie on sunął niczym surfer na wysokiej fali, my z każdym krokiem zapadaliśmy się w głęboki śnieg, czasem po kolana… Na mecie okazało się, że tajemnicą była bardzo wysoka kadencja (częstotliwość kroków), bo moja waga była niemal identyczna z masą Kuby – tutaj Piotr miał jednak znacznie utrudnione zadanie. Gdy nasza strata dochodziła do 200m wykorzystałem kawałek ubitego odcinka trasy i rozpocząłem pościg za liderem. Miałem wrażenie, że kolega ani przez moment nie oglądnął się do tyłu (później przyznał, że jednak kątem oka kontrolował sytuację). Jeszcze na śnieżnym zbiegu udało mi się zniwelować stratę do 80m, jednak gdy wbiegliśmy na suchy asfalt moje poczucie bezpiecznego sprintu w dół nie pozwalało mi pędzić mocniej niż 2:30-2.40/km. 



Gdy wreszcie długi męczący zbieg dobiegł końca nawet nie zdążyłem pomyśleć o finiszu, gdy tuż za ostrym zakrętem wyrosła meta. Moja strata do Kuby wyniosła 14 sekund. 



OK – kim jest Kuba? Byłym reprezentantem kraju w biegach przełajowych, gdy ja zaczynałem biegać w 2010 roku on notował wyniki 31:35 na 10km (w wieku 20 lat). Cztery lata temu rozmienił 70 minut w półmaratonie. Obecnie jest czołowym polskim triathlonistą i niejednemu miłośnikowi tej dyscypliny sportu powinno być znane jego nazwisko. Także strata 14 sekund była niby bardzo niewielka, ale możliwość wyprzedzenia takiego asa wydała mi się już wówczas niewykonalna. Pozostała obrona drugiego miejsca. Minutę po mnie do mety dotarł Piotr, dla którego etap gorczański był jedynym startem tego weekendu i tym samym przybiegłszy trzeci wygrał pojedyncze zawody. Nad kolejnym uczestnikiem Triady miałem ponad 5 minut przewagi. Po przebraniu się w suche ciuchy, uzupełnieniu kalorii w miejscowej karczmie i miłej pogawędce z łódzką bracią biegową spokojnym spacerem ruszyłem pod prąd kierunku biegu, na spotkanie dzielnej małżonki Beaty, dla której był to pierwszy start w górach, pierwszy raz na odcinku ponad 20km i pierwszy raz po tak obfitej pokrywie śnieżnej. 


Widok uradowanej Beaty mocno mnie uszczęśliwił, już wiem że złapała solidnego bakcyla i coś mi się zdaje że częściej zaczniemy wyjeżdżać w góry na solidne brykanie.

Etap 2, Pieniny – 10,5km (420m przewyższeń) na dwóch pętlach z Rynku w Krościenku, wzdłuż Dunajca, ulicą Św. Kingi, Pienińską i masyw góry Toporzysko.
Na kwaterę po pierwszym biegu dotarliśmy przed 16, pozostało mi jedynie wskoczyć do wyra, unieść nogi wysoko by przyspieszyć namiastkę regeneracji i spróbować się zdrzemnąć. Wciąż żywe emocje i solidnie rozbudzone serducho nie pozwoliło niestety nawet na minutę snu i już zaraz byliśmy w drodze na etap wieczorny. Przed startem wskazane było aby potruchtać z dobry kwadrans. Ruszyliśmy chwilę po krótkim pokazie fajerwerków punkt 19, każdy z czołówką. 


Od samego początku biegłem w pierwszym szeregu, jednak gdy kilkukrotnie dostałem łokciem od miejscowego młodzieńca, potulnie schowałem się w jego cieniu. Po nieco ponad 2 płaskich kilometrach rozpoczął się podbieg pod Toporzysko. Tu minąłem Michała Stawskiego z Łodzi, wymieniliśmy pozdrowienia i wolniutkim truchtem drobiliśmy pod górę. Jako pierwszy tempa dyktowanego przez kolegę od łokci nie wytrzymał Zbyszek Jaworski, ten który tracił do mnie ponad 5 minut po pierwszym etapie. To on musiał gonić, jednak gdy w ślad za nim ruszył liderujący Kuba i ja musiałem wyminąć marudera. Dwustumetrowe przewyższenie na odcinku 1,2km było wymagające i chyba dość selektywne dla szarżujących biegaczy. Na zbiegu „łokietek” zabiegł mi drogę, może chciał pokazać miejscową gościnność, sam nie wiem … Półmetek przekroczyłem już wspólnie z Kubą i razem sunęliśmy do przodu aż do początku podbiegu, który dla mnie okazał się podejściem. Do marszu musiałem przejść już po 3 minutach i tylko bezradnie spoglądałem jak niknie mi w oddali światło czołówki przyszłego triumfatora Triady. Nie ma mocnych na takiego cyborga, zwłaszcza gdy ten przyodzieje krosowe kolce. Po kilku chwilach dogonił mnie kolejny zawodnik. Spytałem czy leci tylko Pieniny czy całą Triadę. Od słowa do słowa wydedukowałem że to Paweł Kaszyca, bo dokładnie pamiętałem kto zajął piąte miejsce w południowym biegu. Ambicja nie pozwoliła mi dalej maszerować i z wielkim grymasem zakwaszonych mięśni wspinałem się za Pawłem. Zbieg w stronę mety był szybszy niż na pierwszym okrążeniu, a za lekko zaciśnięty pasek od czołówki wywoływał jej silne drgania, co groziło zgubieniem źródła światła. Twardo dotrzymywałem kroku szarżującemu Pawłowi, co rusz poprawiając swoją latarkę. Wreszcie trasę rozświetliła pochodnia, a przed nami widać już było zabudowania Krościenka. Chwyciłem czołówkę w dłoń i już zaraz poczuliśmy asfalt pod nogami. Zaczęliśmy pierwsze duble wolniejszych biegaczy, a ja postawiłem sobie za cel wyprzedzenie kolegi, co na dobrą sprawę nie było mi matematycznie potrzebne, ale dałoby psychologiczną przewagę przed decydującym trzecim etapem Triady. Paweł jednak nie odpuszczał i w rezultacie zafundowaliśmy sobie blisko 500 metrowy sprint do mety.


Wygrałem o 3 sekundy, a do Kuby straciłem kolejne 44 sekundy. Wyściskawszy się z Beatą solidnie sponiewierany doczłapałem do auta, by jak najszybciej rozpocząć akcję regeneracja.

Etap 3, Beskid Sądecki – 31km (1480m przewyższeń) z Krościenka 3km pętlą przy Dunajcu, przez Dzwonkówkę na Przehybę, Bereśnik i ponownie Dzwonkówkę.
Całą noc spędziłem w opaskach kompresyjnych na udach i łydkach. Sumarycznie kilkoma drzemkami uzbierało się może ze 4-5 godzin snu. Gdy mocno ponaciągany rozpocząłem rozgrzewkowy trucht i po kilku minutach odczytałem tempo 6:30 na tarczy Garmina mina nieco mi zrzedła, ale delikatna gimnastyka i krótka rozmowa z łódzkimi znajomymi dodała mi potrzebnych do walki sił. Godzina 9:30 niemrawo wystartowaliśmy. 


Z pewnością wszyscy konkretnie odczuwaliśmy skutki dnia poprzedniego i wyszło to tak, że tempem 4:30 prowadziłem uśpiony peleton na pierwszym płaskim odcinku. Tu zaproponowałem abyśmy dali sobie spokój z Przehybą i odfajkowali 10 pętli po płaskim, ale niestety nikt nie podłapał tematu. Po kwadransie zaczął się pierwszy tego dnia podbieg – skromne 550 metrów na odcinku 5,5km. 


Na jednym z oblodzonych odcinków przeszedłem do marszu i zmienił mnie wówczas na prowadzeniu Paweł. Tracił do mnie 8 minut, moim zadaniem było wieźć się na nim najdłużej jak się da i nie dać sobie wydrzeć drugiego miejsca. Dość szybko zostaliśmy sami we trzech – tak, ten trzeci to oczywiście Kuba :) Jeszcze przed Dzwonkówką pierwszy raz padło hasło „etap przyjaźni”, co dodało mi mnóstwo wiary w końcowy wynik. Po godzinie przyjąłem pierwszy zastrzyk energetyczny, który wyraźnie dał mi kopa. 


Na płaskim odcinku w stronę Przehyby udzielił nam się nastrój zajebistości przepięknych otaczających nas krajobrazów i przyjemnie gawędziliśmy o kipiącej w każdym z nas sportowej pasji. Za 17km rozpoczął się długi i miejscami stromy zbieg, na którym tak się złożyło że to ja nadawałem tempo – czyli było lekko, ale w trupa. A tak poważnie, to zbiegaliśmy troszkę lagodniej niż w Gorcach, ale jednocześnie na tyle ostro by wypracować bezpieczną przewagę nad goniącymi nas zawodnikami (Paweł musiał przybiec co najmniej minutę przed kolejnym by wskoczyć na podium) Na drugim bufecie (21.km) czekali na mnie żona z psem – ich widok (ok, trochę bardziej Beaty niż psa) fantastycznie mnie podbudował i okazał się genialnym motywatorem do dalszej tułaczki. 



Na oblodzonym momentami podejściu pod Bereśnik uzgodniliśmy że wszystkim nam pasuje wspólne ukończenie biegu. Na tym etapie zabrzmiało to jak miód dla moich uszu. Dyktujący tempo Paweł wciąż hipnotyzująco truchtał, moje mięśnie wolały szybki marsz pod górę. W okolicy Kotelnicy (24km) poprosiłem chłopaków o minimalnie wolniejsze tempo przez chwilę, bo najzwyczajniej zostaną sami. Dziś oni byli mocniejsi ode mnie, ja stanowiłem na ostatnim podejściu pod Dzwonkówkę najsłabsze ogniwo i zrozumiałem skąd wzięła się nazwa tego szczytu – pokracznie nań się wdrapując dostałem solidnego dzwona. Wreszcie osiągnęliśmy ostatnią kulminację i wskoczyliśmy na znany nam czerwony szlak do Krościenka. Zastanawialiśmy się jak dużą nadróbkę mamy nad goniącymi nas biegaczami i upewniliśmy się że mocno bezpieczną. Nikt samotnie nie wytrzymał by psychicznie takiego tempa jakie narzuciliśmy sobie wspólnie. Na metę wbiegliśmy trzymając się za ręce. 


Drugie miejsce w Triadzie stało się faktem. Nad kolejnym zawodnikiem wypracowaliśmy 8 minut przewagi.



Biegi etapowe to zupełnie inne bieganie niż jednorazowe długie dystanse. Umiejętne rozłożenie sił jest niezbędne dla ukończenia rywalizacji w zdrowiu i dobrym samopoczuciu. Moja ułańska szarża w etapie gorczańskim w zespół z idiotycznym finiszowym sprintem w Pieninach o mało nie zaowocowały katastrofą. Końcowy efekt jest jednak bardzo dla mnie przyjemny i stanowi mój jak dotychczas największy górski sukces.

4 komentarze: