piątek, 12 maja 2017

Wings for Life, część 2



   Dobiegaliśmy grupą 6-7 osób do znacznika 25. kilometra. Dookoła same pola. Z każdym krokiem coraz bardziej nerwowo rozglądałem się za ustronnym miejscem na sikanie, aż w końcu przy murowanej wiacie pustego na szczęście przystanku autobusowego musiałem przystanąć na blisko 30 sekund. Wracając do biegu za plecami była spora przerwa, a więc nie chcąc długo biec samemu i tracić energię na walkę z wiatrem zacząłem gonić. Do odrobienia było około 130 metrów co zajęło mi 1,5 kilometra – skok tempa do 3:30 na tak długim odcinku był średnio rozsądny w kontekście planowanego dystansu, jednak wówczas ciężko było o racjonalne myślenie… Skleiwszy grupę nawet specjalnie długo nie musiałem uspokajać oddechu, jednak energetycznie musiałem na tym całym manewrze nieco stracić – najważniejsze że jednak pęcherz był w końcu pusty. Trzecia dziesiątka okazała się najszybsza i zajęła mi 39:04 (3:54/km). Gdy minęliśmy znacznik 30.km Andrzej z jednym z biegaczy szarpnął tempo do około 3:45 i grupka zaczęła się rozrywać. Przez kilka minut biegłem jeszcze z Grześkiem i Kamilem Kunertem, ale około 33.km tempo 3:50-3:55 okazało się dla mnie już nazbyt wymagające i lekko zwolniłem. Przez miasteczko Pobiedziska przeturlałem się samotnie. Chłopaki z przodu coraz bardziej się oddalali, nie odwracałem się bo to oznaka słabości ;-) a nie chciałem dać poznać po sobie że z każdym kilometrem biegnie mi się coraz ciężej. Mimo mojego zwalniania zacząłem zbliżać się do Jarka Gniewka, którego szarża na początku sponiewierała jeszcze bardziej niż mnie. Biegł już „Galloway’em” (marszobieg) co chwilę nerwowo odwracając się do tyłu. Czwarta dziesiątka w 41:30 oznaczała spadek średniego tempa do 4:09/km. Zbliżałem się do dystansu maratonu, zacząłem przeliczać jaki będę miał międzyczas po jego pokonaniu. Za punkt honoru postawiłem sobie złamanie 2.50. Nieopodal Jeziora Lednica z czasem na zegarku 2:49:4x wkroczyłem w ultra :)
   Nadzieja na dobiegnięcie do chorągiewki z napisem „60” kiedy piątkę 40-45km pokonałem tempem  4:35/km stała się iluzoryczna. W końcu po około 20 minutach dopadłem zwierzynę przed sobą i turlałem się dalej tempem ok 5/km. Wiedziałem, że właśnie awansowałem do pierwszej dziesiątki, ale pewnie zaraz zaczną mnie wyprzedzać ci bardziej rozsądni biegacze… Zaczęły łapać mnie skurcze w mięśnie dwugłowe ud. Bałem się, że każdy kolejny krok może być tym ostatnim, a jak się przewrócę to już mogę nie wstać. Czego ja innego mogłem się spodziewać skoro 2 tygodnie temu biegłem mocny maraton… Za 46.km bolały mnie już nawet włosy. W końcu musiałem przejść do marszu, chociaż na chwilę. Momentalnie zaczęło mi się kręcić w głowie, ale na szczęście tylko na krótką chwilę. Nie mając przed sobą charakterystycznych punktów odniesienia wypatrywałem dziur w asfalcie i mówiłem sobie, że od kolejnej dziury wracamy do truchtu. Czwarte przejście do marszu wypadło przy bufecie przed 48.km. Moment wcześniej zjadłem awaryjny żel z guaraną, a od wolontariuszy chwyciłem czekoladę, kubek izotoniku i butelkę wody. Ten zastrzyk energii pobudził mnie o tyle, że mogłem odpuścić maszerowanie. Piątkę 45-50km przebrnąłem z żałosnym średnim tempem 5:30/km. Wiedząc, że wciąż jestem w top10 ambicja nie pozwoliła mi zakończyć biegu. Już za chwilę to ja stałem się pachołkiem miniętym przez dwóch biegaczy. Nie było szans, żeby spróbować się z nimi zabrać. Szarpnięcie tempa do jakichś 4:40 było wówczas abstrakcyjne, jednak postanowiłem dalej klepać swoje – do samego końca… Odgłos śmigłowca stawał się coraz wyraźniejszy, oznaczało to że Małysz zbliża się nieubłaganie. Nie zaryzykowałem zadarcia głowy do góry, czy też odwrócenia się, bo to niechybnie oznaczałoby wywrotkę. Około 52,5km dopadł mnie Paweł Kaszyca (kolega z Zimowej Triady Biegowej). Zdziwiłem się, że dopiero teraz – jest to bardzo doświadczony ultras, jednak mocny start na Orlen Marathon 2 tygodnie wcześniej również i jego ostro wymęczył. Zagaił, ale nie wziął na hol i zaczął się oddalać. Za chwilę dostałem sygnał od rowerzystów żebym trzymał się prawej strony jezdni – był to znak, że moja przygoda dobiega końca. Wciąż walcząc ze skurczami dwójek przyspieszyłem i meta doścignęła mnie po 53,11km. Lekko zamroczony nawet nie dojrzałem Małysza za kierownicą, zawróciłem do minionego przed momentem bufetu, wypiłem butelkę izotoniku, zjadłem banana i pozostało mi tylko oczekiwać autobusu którym powrócę na poznańską Maltę. Trasa Wingsa nie należy do łatwych - Garmin zarejestrował mi aż 260m przewyższeń. To całkiem sporo jak na obszar nizinnego pasa Pojezierza Wielkopolskiego. Z powodów logistycznych ciężko byłoby jednak wytyczyć ją bardziej łaskawie dla biegacza bez dodatkowych utrudnień dla mieszkańców.


   Przed momentem spotkała mnie burza oklasków przy bufecie, wchodząc do autobusu kolejna seria od wcześniej złapanych biegaczy – bardzo przyjemne uczucie. W środku wypatrzyłem Janka – skończył kilometr przede mną. Powrót do miasta dłużył się niemiłosiernie. Nie załapałem się na chroniącą przed zimnem folię NRC, dobrze że chociaż zdążyłem skubnąć banana z bufetu. Po blisko dwóch godzinach jazdy wystrzeliłem jak z procy w stronę depozytu. Moja busowa ekipa musiała sporo się naczekać, ale liczyli się z takim obrotem spraw ;-)
   Piękna przygoda, cenne doświadczenie – nigdy więcej asfaltowego ultra. Trzynaste miejsce w krajowej stawce i "zaledwie" 53 kilometry zostawiają spory niedosyt, jednak obsada w tym roku była nad wyraz silna. Taki wynik w zeszłym roku dawał miejsce trzecie, a w 1.edycji nawet pozwoliłby wygrać. Lubię długie dystanse, ale zdecydowanie przyjemniej pokonywać je na szlakach leśnych i górskich. Start w Wingsie solidnie mnie sponiewierał. Dopiero wczoraj (4ego dnia) wyszedłem na pierwszy biegowy trening. Kolejne wyzwanie już za 50 dni – Ultramaraton Karkonoski (52km, ponad 2200 metrów przewyższeń) :)

czwartek, 11 maja 2017

Wings for Life, część 1

   Decyzja o starcie była całkowicie spontaniczna. Surfując w sieci trafiłem na reklamę imprezy, do której zawsze byłem sceptycznie nastawiony i pomyślałem że w sumie czemu by nie spróbować swoich sił na dystansie ultra – będzie to przy okazji świetny test mięśniowej wytrzymałości przed planowanym już od dawna Maratonem Karkonoskim… Docelowym startem wiosennym był maraton w Gdańsku. Cztery tygodnie przerwy przed Wingsem wydawały się rozsądnym posunięciem. Niestety na skutek problemów zdrowotnych nie ukończyłem startu nad morzem (zszedłem z trasy na 16.km) i po dwóch tygodniach czekała mnie „poprawka” na własnych śmieciach w Łodzi. Zacząłem się wówczas poważnie zastanawiać czy nie potraktować jednak Wingsa towarzysko, bo w końcu na pewno nie zdążę się zregenerować w tak krótkim czasie. Znakomite samopoczucie po łódzkim maratonie zadecydowało, że jednak powalczę i za cel wyznaczyłem sobie barierę 60km (tempo 4:05/km).
   Tydzień przed startem wykonałem ostatni długi trening – półmaraton w tempie 4:10 i było to w dzień po krosowej mocnej dziesiątce. Pozostało mi tylko wyczekiwać swojego oficjalnego debiutu na asfaltowym ultra. Mocno zredukowałem objętość i do niedzieli miałem na liczniku raptem 42km z dwoma dniami wolnymi.
   Do Poznania wybrałem się busem z wesołą ekipą EVErRUN i Przyjaciele. Krótka rozgrzewka – wolne 1,5km truchtu, trochę gimnastyki, żel energetyczny, dwa rytmy z odnalezionym w tłumie kolegą Jankiem z Łodzi (z którym planowaliśmy wspólny początek) i spokojnym krokiem udaliśmy się na start. Tam miła pogawędka z ultrasem Pawłem Kaszycą i góralem Kamilem Leśniakiem. Przed sobą dojrzałem „chłopaków z Psiego Pola” (jak sami o sobie mówią), czyli Andrzeja Witka i Grześka Gronostaja. Chłopaki przed dwoma tygodniami potwierdzili wysoką formę i zanotowali kolejny maratoński występ poniżej 2:30. Punkt 13 nasz mistrz Adam Małysz klaksonem auta dał nam znak do startu.
   Z Jankiem byliśmy umówieni na tempomat 4:00 w początkowej nieustalonej fazie biegu :) Mimo solidnie zaciągniętego hamulca cały czas wychodziło nieznacznie szybciej. Nie traktowaliśmy jednak biegu wybitnie poważnie, a bardziej traktowaliśmy go jako zabawę i okazję do rozmowy. W trakcie pierwszych kilkunastu kilometrów wymieniliśmy więcej zdań, niż przez kilka lat w Łodzi ;-) 


Pierwsze 10km stuknęło po 39:19 (3:56/km), cały czas biegliśmy w towarzystwie Andrzeja i Grześka i powoli zbliżaliśmy się do prowadzącej kobiety. Strategia odżywiania przewidywała że od 20.km co dziesięć będę przyjmował jeden żel, a od 30.minuty co kwadrans 1 pastylkę Dextro. Zajęty rozmową pierwszą pastylkę przyjąłem dopiero po 45.minucie i chwilę później wysunęliśmy się z Jaśkiem na prowadzenie. Przed nami biegła Joasia Zakrzewski (zwyciężczyni) i towarzyszyła jej obstawa na motorze z kamerą. Przyjemnie było ogrzać się nieco w jej cieniu i tak trafiło nam się nasze 5 minut „fejmu” ;-) Około 16km na jednym z długich podbiegów chłopaki z PP wraz z Kamilem znowu byli koło nas – widać było że są na spokojnym rozbieganiu i utrzymują stałe tempo niezależnie od profilu trasy. Druga dziesiątka zajęła mi 39:38 (3:58/km) i wciąż biegłem na sporym komforcie. Wmusiłem w siebie pierwszy żel i dalej klepałem swoje. Przy jednym z lasów toy-toi Jasiek odpadł niestety z naszej grupki. Po kilku minutach dołączył do nas Kamil Kunert (2:37 w Gdańsku). Nie spodziewał się takiego fajnego „pociągu” i zaczął nieco szybciej, ale dzięki krótkiej przerwie na sikanie zaraz go skleiliśmy. Tymczasem i mój pęcherz coraz głośniej dopominał się odkręcenia kurka…

niedziela, 29 stycznia 2017

Zimowa Triada Biegowa, 21-22.01.2017



   Jesienią zeszłego roku trafiłem w internetach na zapowiedź górskiego biegu etapowego. Termin pokrywał się z feriami zimowymi, także idealnie nam z belferzycą małżonką przypasował. Mimo że sam po górach z racji nizinnego zamieszkania (Łódź) biegam sporadycznie, to jednak zaczynałem ponad 4 lata temu. Trzykrotnie zafundowałem sobie półmiesięczne obozy w Szklarskiej Porębie (2012-2014). Mam już za sobą co nieco górskich startów – Wielka Pętla Izerska (2015r), Maraton Karkonoski (2016r), czy wreszcie z ostatnich wakacji ekstremalne Inov-8 x2 w rumuńskich Fogaraszach (18km na trasie w całości powyżej 2tys m npm; 1700m przewyższeń). Specyfiki ostrego biegania dzień po dniu doświadczyłem raz w życiu. Do dziś pamiętam jak po ponad 30km na zwałowisku Góry Kamieńsk wystartowałem w krosowym biegu na przeszło 20km dystansie. Lubię się zmęczyć, ale skala tamtego wyczerpania była porażająca. Gdy opublikowano regulamin i trasy Zimowej Triady Biegowej absolutnie nie trafiało do mnie jak ciężkie wyzwanie mnie czeka. Same profile wysokości nie robiły wielkiego wrażenia. Zapomniałem jednak o jednym istotnym czynniku – kopnym śniegu :) Ponad 60km z blisko 3 kilometrami przewyższeń w  niewiele ponad dobę i na dodatek w warunkach zimowych zaczęło mnie jednak przerażać po kilku zimowych treningach w łódzkich okolicznościach przyrody. Cóż, warunki będą jednak jednakowe dla wszystkich. Brać kijki czy nie? Nigdy z nimi nie biegałem, ba – nawet trekking ze wspomaganiem specjalnie nigdy mi nie wychodził. Decyzja mogła być tylko jedna.

W góry dotarliśmy dzień przed biegiem. Niewiele to czasu na aklimatyzację, jednak chcąc jeszcze podczas urlopu pochodzić po szklakach, uznaliśmy że lepiej będzie pobiec na świeżości i zostać na miejscu kilka dni po zawodach. Późna godzina sobotniego startu po Gorcach (g11) zasiała w mojej Beacie ziarenko niepokoju, czy aby na pewno zdąży ukończyć swój jedyny etap przed zmrokiem. Gabaryty jej plecaka skrzętnie przygotowanego na start przywoływały zdziwienie niejednego uczestnika Triady, jednak „lepiej nosić niż się prosić”. Nieco uległem jej zapobiegawczości i sam też upakowałem się w plecak. O kurtce, którą zwinąłem do środka po krótkiej rozgrzewce, oczywiście nawet nie pomyślałem w ferworze walki, jednak w górach nigdy nie wiesz co cię może spotkać i to dodatkowe pół kilograma lepiej ze sobą jednak taszczyć.

Etap 1, Gorce – 21km (960m przewyższeń) z Krościenka nad Dunajcem przez Wymyśle, Pisarzową pod Lubań (z ominięciem szczytu), zbieg czerwonym szlakiem przez Jaworzynę i Marszałek.
Pierwsze 2 kilometry nieustannie biegły łagodnie (8% nachylenia) pod górę, ale drogą nieprzyjemną z rozjeżdżonymi śniegowymi koleinami. Już po kilku minutach znalazłem się w pierwszej trójce i odważnie z kolegami brnęliśmy truchtem do przodu. Sprinterski zbieg we wsi Kąty-Niwki uświadomił mi jak mocni są rywale. Wszyscy startujący w górach wiedzą że takie biegi wygrywa się na zbiegach, a prowadzący Piotr Biernawski z Kubą Woźniakiem chyba w ogóle nie hamowali, tylko gnali niemal na złamanie karku – szacun :) Kolejne kilometry były mocno urozmaicone, trasa raz po raz zmieniała nachylenie i miąższość pokrywy śnieżnej. 



Na jednym z odcinków niemal na czworakach przedzieraliśmy się przez zarośla, na innym mimo płaskiej nawierzchni nie dało się nawet truchtać, bo przy każdym kroku zapadaliśmy się powyżej kolan w śnieg. Ciekawym fragmentem był też dość stromy zbieg w kopnym śniegu wąwozem z ukrytymi pod spodem kamieniami. Tu straciłem do kolegów jakieś 50 metrów, które bardzo długo musiałem odrabiać. Przed 9.km trasy wyrósł bowiem czterokilometrowy podbieg, z łącznym przewyższeniem aż 450 metrów! Momentami nachylenie dochodziło do 20% i jedynie trawersując szlak krawędziowaniem udawało się zyskiwać na wysokości. Do tego stopnia skupiłem się na śledzeniu śladów Kuby, że nie zauważyłem kiedy odbiliśmy z zielonego szlaku na Lubań (trasa biegu omijała wierzchołek). Nie dane było jednak nacieszyć się sponiewieranym mięśniom płaskim odcinkiem, bo niemal natychmiast rozpoczęliśmy ostry zbieg w stronę Krościenka. W okolicy 17-18km Kuba wyminął wciąż dyktującego tempo Piotra i zaczął nam się oddalać. W miejscach gdzie on sunął niczym surfer na wysokiej fali, my z każdym krokiem zapadaliśmy się w głęboki śnieg, czasem po kolana… Na mecie okazało się, że tajemnicą była bardzo wysoka kadencja (częstotliwość kroków), bo moja waga była niemal identyczna z masą Kuby – tutaj Piotr miał jednak znacznie utrudnione zadanie. Gdy nasza strata dochodziła do 200m wykorzystałem kawałek ubitego odcinka trasy i rozpocząłem pościg za liderem. Miałem wrażenie, że kolega ani przez moment nie oglądnął się do tyłu (później przyznał, że jednak kątem oka kontrolował sytuację). Jeszcze na śnieżnym zbiegu udało mi się zniwelować stratę do 80m, jednak gdy wbiegliśmy na suchy asfalt moje poczucie bezpiecznego sprintu w dół nie pozwalało mi pędzić mocniej niż 2:30-2.40/km. 



Gdy wreszcie długi męczący zbieg dobiegł końca nawet nie zdążyłem pomyśleć o finiszu, gdy tuż za ostrym zakrętem wyrosła meta. Moja strata do Kuby wyniosła 14 sekund. 



OK – kim jest Kuba? Byłym reprezentantem kraju w biegach przełajowych, gdy ja zaczynałem biegać w 2010 roku on notował wyniki 31:35 na 10km (w wieku 20 lat). Cztery lata temu rozmienił 70 minut w półmaratonie. Obecnie jest czołowym polskim triathlonistą i niejednemu miłośnikowi tej dyscypliny sportu powinno być znane jego nazwisko. Także strata 14 sekund była niby bardzo niewielka, ale możliwość wyprzedzenia takiego asa wydała mi się już wówczas niewykonalna. Pozostała obrona drugiego miejsca. Minutę po mnie do mety dotarł Piotr, dla którego etap gorczański był jedynym startem tego weekendu i tym samym przybiegłszy trzeci wygrał pojedyncze zawody. Nad kolejnym uczestnikiem Triady miałem ponad 5 minut przewagi. Po przebraniu się w suche ciuchy, uzupełnieniu kalorii w miejscowej karczmie i miłej pogawędce z łódzką bracią biegową spokojnym spacerem ruszyłem pod prąd kierunku biegu, na spotkanie dzielnej małżonki Beaty, dla której był to pierwszy start w górach, pierwszy raz na odcinku ponad 20km i pierwszy raz po tak obfitej pokrywie śnieżnej. 


Widok uradowanej Beaty mocno mnie uszczęśliwił, już wiem że złapała solidnego bakcyla i coś mi się zdaje że częściej zaczniemy wyjeżdżać w góry na solidne brykanie.

Etap 2, Pieniny – 10,5km (420m przewyższeń) na dwóch pętlach z Rynku w Krościenku, wzdłuż Dunajca, ulicą Św. Kingi, Pienińską i masyw góry Toporzysko.
Na kwaterę po pierwszym biegu dotarliśmy przed 16, pozostało mi jedynie wskoczyć do wyra, unieść nogi wysoko by przyspieszyć namiastkę regeneracji i spróbować się zdrzemnąć. Wciąż żywe emocje i solidnie rozbudzone serducho nie pozwoliło niestety nawet na minutę snu i już zaraz byliśmy w drodze na etap wieczorny. Przed startem wskazane było aby potruchtać z dobry kwadrans. Ruszyliśmy chwilę po krótkim pokazie fajerwerków punkt 19, każdy z czołówką. 


Od samego początku biegłem w pierwszym szeregu, jednak gdy kilkukrotnie dostałem łokciem od miejscowego młodzieńca, potulnie schowałem się w jego cieniu. Po nieco ponad 2 płaskich kilometrach rozpoczął się podbieg pod Toporzysko. Tu minąłem Michała Stawskiego z Łodzi, wymieniliśmy pozdrowienia i wolniutkim truchtem drobiliśmy pod górę. Jako pierwszy tempa dyktowanego przez kolegę od łokci nie wytrzymał Zbyszek Jaworski, ten który tracił do mnie ponad 5 minut po pierwszym etapie. To on musiał gonić, jednak gdy w ślad za nim ruszył liderujący Kuba i ja musiałem wyminąć marudera. Dwustumetrowe przewyższenie na odcinku 1,2km było wymagające i chyba dość selektywne dla szarżujących biegaczy. Na zbiegu „łokietek” zabiegł mi drogę, może chciał pokazać miejscową gościnność, sam nie wiem … Półmetek przekroczyłem już wspólnie z Kubą i razem sunęliśmy do przodu aż do początku podbiegu, który dla mnie okazał się podejściem. Do marszu musiałem przejść już po 3 minutach i tylko bezradnie spoglądałem jak niknie mi w oddali światło czołówki przyszłego triumfatora Triady. Nie ma mocnych na takiego cyborga, zwłaszcza gdy ten przyodzieje krosowe kolce. Po kilku chwilach dogonił mnie kolejny zawodnik. Spytałem czy leci tylko Pieniny czy całą Triadę. Od słowa do słowa wydedukowałem że to Paweł Kaszyca, bo dokładnie pamiętałem kto zajął piąte miejsce w południowym biegu. Ambicja nie pozwoliła mi dalej maszerować i z wielkim grymasem zakwaszonych mięśni wspinałem się za Pawłem. Zbieg w stronę mety był szybszy niż na pierwszym okrążeniu, a za lekko zaciśnięty pasek od czołówki wywoływał jej silne drgania, co groziło zgubieniem źródła światła. Twardo dotrzymywałem kroku szarżującemu Pawłowi, co rusz poprawiając swoją latarkę. Wreszcie trasę rozświetliła pochodnia, a przed nami widać już było zabudowania Krościenka. Chwyciłem czołówkę w dłoń i już zaraz poczuliśmy asfalt pod nogami. Zaczęliśmy pierwsze duble wolniejszych biegaczy, a ja postawiłem sobie za cel wyprzedzenie kolegi, co na dobrą sprawę nie było mi matematycznie potrzebne, ale dałoby psychologiczną przewagę przed decydującym trzecim etapem Triady. Paweł jednak nie odpuszczał i w rezultacie zafundowaliśmy sobie blisko 500 metrowy sprint do mety.


Wygrałem o 3 sekundy, a do Kuby straciłem kolejne 44 sekundy. Wyściskawszy się z Beatą solidnie sponiewierany doczłapałem do auta, by jak najszybciej rozpocząć akcję regeneracja.

Etap 3, Beskid Sądecki – 31km (1480m przewyższeń) z Krościenka 3km pętlą przy Dunajcu, przez Dzwonkówkę na Przehybę, Bereśnik i ponownie Dzwonkówkę.
Całą noc spędziłem w opaskach kompresyjnych na udach i łydkach. Sumarycznie kilkoma drzemkami uzbierało się może ze 4-5 godzin snu. Gdy mocno ponaciągany rozpocząłem rozgrzewkowy trucht i po kilku minutach odczytałem tempo 6:30 na tarczy Garmina mina nieco mi zrzedła, ale delikatna gimnastyka i krótka rozmowa z łódzkimi znajomymi dodała mi potrzebnych do walki sił. Godzina 9:30 niemrawo wystartowaliśmy. 


Z pewnością wszyscy konkretnie odczuwaliśmy skutki dnia poprzedniego i wyszło to tak, że tempem 4:30 prowadziłem uśpiony peleton na pierwszym płaskim odcinku. Tu zaproponowałem abyśmy dali sobie spokój z Przehybą i odfajkowali 10 pętli po płaskim, ale niestety nikt nie podłapał tematu. Po kwadransie zaczął się pierwszy tego dnia podbieg – skromne 550 metrów na odcinku 5,5km. 


Na jednym z oblodzonych odcinków przeszedłem do marszu i zmienił mnie wówczas na prowadzeniu Paweł. Tracił do mnie 8 minut, moim zadaniem było wieźć się na nim najdłużej jak się da i nie dać sobie wydrzeć drugiego miejsca. Dość szybko zostaliśmy sami we trzech – tak, ten trzeci to oczywiście Kuba :) Jeszcze przed Dzwonkówką pierwszy raz padło hasło „etap przyjaźni”, co dodało mi mnóstwo wiary w końcowy wynik. Po godzinie przyjąłem pierwszy zastrzyk energetyczny, który wyraźnie dał mi kopa. 


Na płaskim odcinku w stronę Przehyby udzielił nam się nastrój zajebistości przepięknych otaczających nas krajobrazów i przyjemnie gawędziliśmy o kipiącej w każdym z nas sportowej pasji. Za 17km rozpoczął się długi i miejscami stromy zbieg, na którym tak się złożyło że to ja nadawałem tempo – czyli było lekko, ale w trupa. A tak poważnie, to zbiegaliśmy troszkę lagodniej niż w Gorcach, ale jednocześnie na tyle ostro by wypracować bezpieczną przewagę nad goniącymi nas zawodnikami (Paweł musiał przybiec co najmniej minutę przed kolejnym by wskoczyć na podium) Na drugim bufecie (21.km) czekali na mnie żona z psem – ich widok (ok, trochę bardziej Beaty niż psa) fantastycznie mnie podbudował i okazał się genialnym motywatorem do dalszej tułaczki. 



Na oblodzonym momentami podejściu pod Bereśnik uzgodniliśmy że wszystkim nam pasuje wspólne ukończenie biegu. Na tym etapie zabrzmiało to jak miód dla moich uszu. Dyktujący tempo Paweł wciąż hipnotyzująco truchtał, moje mięśnie wolały szybki marsz pod górę. W okolicy Kotelnicy (24km) poprosiłem chłopaków o minimalnie wolniejsze tempo przez chwilę, bo najzwyczajniej zostaną sami. Dziś oni byli mocniejsi ode mnie, ja stanowiłem na ostatnim podejściu pod Dzwonkówkę najsłabsze ogniwo i zrozumiałem skąd wzięła się nazwa tego szczytu – pokracznie nań się wdrapując dostałem solidnego dzwona. Wreszcie osiągnęliśmy ostatnią kulminację i wskoczyliśmy na znany nam czerwony szlak do Krościenka. Zastanawialiśmy się jak dużą nadróbkę mamy nad goniącymi nas biegaczami i upewniliśmy się że mocno bezpieczną. Nikt samotnie nie wytrzymał by psychicznie takiego tempa jakie narzuciliśmy sobie wspólnie. Na metę wbiegliśmy trzymając się za ręce. 


Drugie miejsce w Triadzie stało się faktem. Nad kolejnym zawodnikiem wypracowaliśmy 8 minut przewagi.



Biegi etapowe to zupełnie inne bieganie niż jednorazowe długie dystanse. Umiejętne rozłożenie sił jest niezbędne dla ukończenia rywalizacji w zdrowiu i dobrym samopoczuciu. Moja ułańska szarża w etapie gorczańskim w zespół z idiotycznym finiszowym sprintem w Pieninach o mało nie zaowocowały katastrofą. Końcowy efekt jest jednak bardzo dla mnie przyjemny i stanowi mój jak dotychczas największy górski sukces.